Narzekanie niewątpliwie odziedziczone z dziada pradziada siedzi w nas głęboko, wiecznie dziarskim i szczęsliwym być nie można, nieprawdaż.
Ziemia toczy, toczy swój garb uroczy jak śpiewał niegdyś Edek a my tacy maleńcy a ważni prowadzimy się to lepiej to gorzej. Długi łikend rozpieścił nasze zreumatyzowane kości odrobiną slońca, bylo wspaniale, elektryczne grile, pikniki o zachodzie, ech. Mam nowy pierścień Arabelli i torbę więc jestem dodatkowo wniebowzięta.
Wycieczki piesze, koktajle, wino, sałatki śródziemnomorskie, niesamowite światło, intensywne kolory, tyle wrażeń, że dzisiaj obudziłam się z minimalistyczną misją porządkującą, wyczyściłam na co mi starczyło zapału i poczułam się ostatecznie spełniona (jak łatwo być kobietą, hłe hłe) Mój dobry nastrój utrzymał się do wieczora - błogosławieństwo ignorancji (ale matkobosko, jak łatwo być w dobrym natroju w dniu WOLNYM od pracy…)
Megaborówki, moje ulubione, ze znalezionej w secondhandzie retro miski za 25 pensów. Z tego miejsca pozdrawiam wszystkich szperaczy:) Uściski i miłego wtorku!
Zachmurzenie duże z przelotnym deszczem, a jakże, wyspa nas nie rozpieszcza, wszystkie fronty atmosferyczne suną po niebie ponuro żeby się tutaj spotkać i nerwowo pomruczeć. Słuchamy “Blues Brothers” na rozgrzewkę.
Wakacje wydają się odległym wspomnieniem, na szczęście Rosoły jadą na Chorwację, przywiozą trochę wczasowej energii i zdjęć mórz ciepłych, opalą chude nóżki na różowo i odmoczą kąpielówki jak należy. Ech:)
Że się po rumie włosów nie farbuje zapamiętajcie drogie dzieci, mam na głowie kolor śliwkowy, który zapewne długo będzie się spierać, no żesz.

Prawda, że piękna fotka Rosoła?
Nie ma jak meble znalezione na śmietniku i program do edycji zdjęć, za pomocą którego można uprzątnąć śmieci z dywanu;)

Niedzielne tuturutu: ubraniowe inspiracje. Oryginał:

fot. Cachemire & Soie
Kopia Fizia:

Ja chcę jechać do Afryki a gdzie chce jechać Pan F? Do Czarnobyla:)
Nigdy nie nauczę się jeździć. Miałam ochotę dźgnąć mojego instruktora kluczykiem od samochodu, jeśli widzieliście
HAPPY GO LUCKY. Trafiłam trójkę w lotto (wobec czego założyłam wreszcie konto oszczędnościowe). Schowałam pędzle, na dobre, malowanie idzie mi tylko w zimie. Wszystko odłożone do jutra. Dzisiaj bezruch: gazety, chińszczyzna, wypełnianie druczków, pan F.
Podkład muzyczny: szwedzki, dobry na deszcz, na wiatr, odrobina słodyczy wlewająca się do ucha w tej zawierusze, śliczne.
Czasem sobie myślę, że fajnie byłoby mieć małego chłopca przy sobie, czytać z nim “Przygody Mikołajka” i oglądać takie filmy. Wyobraźnia jest niesamowita, pamiętam ten świat z dzieciństwa, gdzie wszystko jest możliwe, przerażające i fascynujące jednocześnie, lasy są pełne wilków o srebrnych sierściach a drobne przedmioty znikają tajemniczo za sprawą miniaturowych ludzi mieszkających w szparach między deskami drewnianej podłogi.
Piętrzą mi się rzeczy do zrobienia, wypełnienia, poświęcenie (o zgrozo, wizualizuję chude miesiące, mam zamiar zacząć oszczędzać -wreszcie - bo mi właśnie piękny strych do remontu na poznańskim starym mieście przeszedł koło nosa, o Furio, wkurwie, piano z ust, ile można przeklinać własną lekkomyślność, lekko-bytność) Tymczasem na bilansie plusminus chaos.
Nie szkodzi.
1. Lody! Gelato w każdej postaci a najbardziej mleczne.
2. Stare samochody starannie wypucowane, zwłaszcza w kolorze budyniu.
3. Tybr.
4. Włosi, zawsze starannie ubrani, nawet kierowcy autobusu i sprzątaczki:

No dobra, może nie wszyscy
5. Starożytny Rzym, przeciskający się przez wszystkie możliwe szczeliny i pęknięcia tego współczesnego.
6. Włoskie knajpki, zwłaszcza te na bocznych uliczkach, z najwspanialszym jedzeniem i pysznym winem za grosze. Ciepłe wieczory w kwietniu…
7. LUSH, którego sklepy czuć było w promieniu kilometra:)
8. Obrazy i rzeźby Mistrzów znajdowane w najmniej spodziewanych miejscach.
9. Fontanny na każdym placu w Rzymie, te wspaniałe i te zabawne. Wszędobylski szum wody.
10. Moje pierwsze nabyte okulary słoneczne, jeee! Okulary słoneczne pana F, dolczeikabanos, które uległy destrukcji na pikniku w Sienie…
11. Biały Rosjanin na cudnym placu Il Campo w Sienie.
12. Widok z wieży Katedry w Sienie na senne toskańskie wzgórza.
13. Widok na Il Campo z wieży Palazzo Pubblico, Ratusza Miejskiego.
14. San Gimignano, średniowieczne miasteczko na toskańskim wzgórzu.
15. Spacer po okolicy, jaszczurki uciekające w popłochu spod nóg, słońce, rozgrzana, pachnąca ziemia. .
16. Kartki pisane pomiędzy jednym miastem a drugim, do tego świata gdzieś tam, zabieganego, deszczowego.
17. Restauracja w Sienie z najbardziej miejscowym z miejscowych jadłospisem, gdzie wszystko było pyszne i tanie jak barszcz..
Matko, co za carbonara! Talerze wylizane do czysta.
18. Pstrykanie fotek miliona trzystu (obrabianie ich nie było już tak przyjemne)
19. Widok z katedralnej wieży na renesansową Florencję.
20. Zwiedzanie miast i miasteczek po obiedzie z pysznym winem zawsze szło nam mniej stresowo;) Tutaj piknik pod Sieną:
Nie podobała nam się: kolejka do Muzeum Watykańskiego (zrezygnowaliśmy).
Brak portu, morza, plaży. Wygląda na to, że jesteśmy uzależnieni:P
Trzy godziny, cztery baby (i jeden Antoni, nieboraczek) plus kilogram cukru:
Tak przyjemnie wieczór spędziłyśmy, lepiąc tort dla odchodzącego na emeryturę Johna (mojego ulubionego diamentowego indżyniera) Czy nie piękny?
Magazynujemy oliwki, kapary, sery próbując odtworzyć ten smak i aromat, problem w tym, że każdy pomidor w porównaniu z toskańskim jest bez smaku i tede i tepe. Wino przy odrobinie szczęścia udaje się nam nabyć dobre, i tak o tym winie, do przodu. Pogoda boliłódzko dramatyczna, bez hapiendu, nadal kapie.
…A konkurs na najlepszego wloskiego kelnera wygrał ten pan:
Oto dwa najbardziej słoneczne zdjęcia z wakacji, oba z Rzymu (było tak gorąco, to musi być piekło latem) Jedno zrobione przez Pana F w kawiarni, gdzie objadłam się nieprzytomnie lodami mlecznymi a drugie na Circus Maximus, gdzie leżeliśmy plackiem przez chwilę, ledwo dysząc. Wypiliśmy morze kawy i zjedliśmy tonę makaronu, zwiedziliśmy Rzym, Sienę (piękna), San Gimingiano (!) i Florencję, wszędzie byliśmy za krótko:)

Powoli kumulujemy, na jedną kupkę zrzucamy to co trzeba zabrać (niewiele ale ile te książki i przewodniki ważą…)
Poszłyśmy z Ludwikiem i Antonim do zatoki na herbatkę, w słońcu grzejąc się przez chwilę (Antoni uprzejmie zachowywał się przyzwoicie dopóki nie skończyłyśmy jeść)
Pogoda cudna, nasze wakacje już oficjalnie rozpoczęte, jutro wyruszamy. W okolicy naszego pierwszego hotelu jest co najmniej piętnaście pizzerii, mamma mia! Z głodu nie umrzemy:)
Niech słońce będzie z Wami! Do zobaczenia wkrótce!
P.S. Gdyby Ktoś się zastanawiał skąd tytuł wpisu: szukając pomysłu wpisałam w googla hasło “pasta” i znalazłam “Pastafarian”. Pastafarianie wierzą, że Wszechświat stworzył Latający Spaghetti Potwór, wygląda to mniej więcej tak:

“A few extremist Pastafarians (a specific group called Porfons) believe that the Flying Spaghetti Monster is not one being, but three, and that the Pasta, the Meatballs, and the Holy Sauce, as they are called, are seperate beings.”
[źródło]
Więc, w cokolwiek wierzycie lub nie, wszystkiego smacznego!

Hi hi.
Tylko mi nie mówcie, że nie znacie jeszcze Flight of the Conchords?!?!
Fizia melduje się. Poza tym, że mnie nie zredukowali, to jeszcze dadzą awans, bezpodwyżkowy, oczywiście, bo cięcia, kryzys i zastój na rynku. Przeszkolona wszerz i wzdłuż połknęłam trzy stanowiska, mnie kazali.


ja tu sobie wszystko skomentuje